Showing posts with label podróże. Show all posts
Showing posts with label podróże. Show all posts

Monday, 31 March 2014

Südtirol

W dzisiejszą podróż udamy się do Włoch Austrii południowego Tyrolu, który, mimo lokalizacji, nie jest w zasadzie żadnym z wcześniej wymienionych (albo jest jednym i drugim po trochu - zależy, jak patrzeć).

Południowotyrolska kuchnia to kuchnia w istocie narciarska w takim sensie, że kalorie spalone na nartach można odzyskać - ze sporą nawiązką - bardzo szybko. Miłośników zdrowego jedzenia należy z góry poinformować, że ani nadmiar, ani szeroki wybór warzyw i owoców problemem nie będą - wyboru bowiem specjalnie nie ma. Jada się potrawy ciężkie a treściwe, popijając piwem lub grzanym winem - nie jakąś tam hipsterską zieleninę.

Ciekawym lokalnym specjałem są Südtiroler Knödel - podawane w bulionie lub solo z surówką kule, które ugniata się z czerstwego pieczywa z mlekiem, jajkami, podsmażoną cebulką i odrobiną mąki i oleju. Po wyrobieniu i uformowaniu kul gotuje się je w lekko osolonej wodzie i potem ewentualnie podsmaża. Do ciasta dodaje się najczęściej lokalną szynkę - Südtiroler Speck, ser (wtedy mamy Käse-Knödel) lub szpinak (co daje, jak się można spodziewać, Spinat-Knödel). Knödel podawane są z surówką z kapusty i/lub sałatką z ziemniaków). 


a jednak jest mikrosurówka!

Innym specjałem, przyrządzanym w mistrzowski sposób w schronisku Bella Vista niedaleko Kurzras (Maso Corto), są Rippchen, czyli żeberka. 




Na deser poleca się Apfelstrudel - najlepiej na ciepło, z sosem waniliowym. Na poniższe zdjęcie załapało się też, jak widać, tyrajmisiu tiramisu (w końcu formalnie południowy Tyrol to Włochy) oraz - w charakterze "fotobomby" - wspomniana powyżej surówka z białej kapusty w parze z sałatką ziemniaczaną. 




Jak widać, południowotyrolska kuchnia jest w pełni przygotowana na zaspokojenie apetytów odwiedzających ten region narciarzy. W tym miejscu warto zauważyć, że lokalną ludność charakteryzuje specyficzne poczucie humoru głębokie zrozumienie potrzeb turystów.





Pobyt w Kurzras zaliczono do bardzo udanych.



Monday, 13 January 2014

Ach Kornwalia, jaka cudna...

Marina w Plymouth

Oto ukazuje się mocno zaległy post z zeszłorocznego wakacyjnego wypadu do Kornwalii, w której się absolutnie zakochałam. Kornwalia jest zdecydowanie najpiękniejszym zakątkiem Anglii, a w całej Wielkiej Brytanii urokiem dorównać jej może chyba tylko Szkocja. Poza pięknymi krajobrazami i stosunkowo przyjaznym jak na ten kraj mikroklimatem Kornwalia dostarcza też całkiem przyjemnych doznań kulinarnych.

Tradycyjne kornwalijskie potrawy są proste i opierają się na składnikach, które łatwo dostać lokalnie - chociażby owocach morza. Popularną przekąską jest na przykład kanapka z krabem, często serwowana z sałatką coleslaw.



Najbardziej znana Kornwalia jest jednak z różnych odmian Cornish pasty. Cornish pasty to przykład potrawy, która z regionalnej stała się w Wielkiej Brytanii popularnym ogólnokrajowym fastfoodem: nic dziwnego - jest na tyle mięsna, tłusta i tucząca, że bez problemów może konkurować z burgerem czy kebabem. Pasty to coś w rodzaju dużego pieczonego pieroga z kruchego ciasta wypełnionego mięsem (tradycyjnie wołowiną, ale jagnięcina, zwłaszcza z miętą, też jest pyszna) z dodatkiem cebuli, brukwi (która, swoją drogą, jest bardzo smacznym warzywem, niesłusznie przez niektórych pogardzanym) i ziemniaków. Istnieją też wersje wegetariańskie, jednak mięsożercom zdecydowanie poleca się mięsne. Tradycyjnemu Cornish pasty przyznano unijny status "chronionego oznaczenia geograficznego" (ach, eurożargon) jako tradycyjnemu produktowi wytwarzanemu w danym regionie. 

Cornish pasty ma też swój przyczynek do odwiecznej rywalizacji między sąsiadującymi hrabstwami Cornwall i Devon. Niektórzy uważają bowiem, że kornwalijskie pasty powinno mieć kształt litery D i zdobienie na krawędzi, natomiast wszelkie inne wariacje, jak pasty zamykane u góry, to wymysł devoński. Nie jest to zgodne z faktami, bo obie odmiany były od zawsze produkowane w całej południowo-zachodniej Anglii, jednak spór pozostaje. Swoją drogą, moje zamykane u góry pasty nabyłam i pożarłam ze smakiem nigdzie indziej jak w kornwalijskim St. Ives, tak więc jasności w temacie nie mają chyba nawet sami tubylcy. 

Cornish pasty w Plymouth

Cornish pasty w St Ives

Cornish pasty jest jedną z tych potraw, do których idealnie pasuje piwo. Lokalny przemysł piwowarski wychodzi temu oczekiwaniu naprzeciw, oferując na przykład piwo Korev. Opatrzono je sloganem reklamowym "At last, the perfect Cornish lager" ("Wreszcie idealne kornwaliskie piwo") - nie wiem, jakie piwa produkowano w Kornwalii wcześniej, ale Korev jest faktycznie jednym z przyjemniejszych, jakimi zdarzyło mi się upijać jakie zdarzyło mi się kosztować: łagodne w smaku, niezbyt mocne, idealne do leniwego sączenia w knajpce nad morzem. 




Po sutem a złocistem nektarem zakrapianem posiłku należałoby skonsumować deser. W Kornwalii wybór jest prosty: lody - fantastyczne, zdecydowanie najlepsze, jakie kiedykolwiek jadłam. Obfitość pastwisk i łagodny klimat najwyraźniej całkiem nieźle się przyczyniają do szczęśliwości lokalnego bydła rogatego, a, jak powszechnie wiadomo, szczęśliwa krowa daje lepsze mleko itp. itd. - stąd produkty mleczne stanowią ważny element lokalnej kuchni.


Tę wspaniałość, przy której nektar z ambrozją mogą zbiorowo iść się schować, produkuje się nie tyle bezpośrednio z mleka od owych szczęśliwych krów, co z kolejnego regionalnego produktu eksportowego: clotted cream. Clotted cream to rodzaj gęstej, tłustej śmietany: Wiki podpowiada, że wykonuje się ją z niepasteryzowanego mleka poprzez jego podgrzanie a następnie pozostawienie do ostygnięcia w płaskich naczyniach. W rezultacie na wierzchu tworzy się charakterystyczna twarda warstwa "clots" czyli skrzepów. Tradycyjnie clotted cream jest dodatkiem do scones: okrągłych babeczko-bułeczek, często podawanych z herbatą i dżemem truskawkowym jako popołudniowa przekąska nazywana "cream tea".

Ze scones i clotted cream wiąże się kolejny element rywalizacji między Kornwalią a Devon. Otóż w Kornwalii nie wolno popełnić fondue faux pas polegającego na położeniu dżemu NA clotted cream. W ten sposób okazalibyśmy się bowiem potężnym brakiem ogłady, nie mówiąc o devońskim barbarzyństwie. W Kornwalii po prostu tak się nie robi. Dżemik kładziemy na ciepłą bułeczkę najpierw, a clou programu, czyli śmietanę, na wierzchu. Od reguły nie ma odstępstw (no, chyba że pojedziemy do Devon, wtedy obowiązuje kolejność odwrotna).


Kornwalię zdecydowanie polecam na krótkie letnie wypady: morze, malownicze, piaszczyste plaże (w St Ives są nawet palmy!), łagodny klimat, piękne krajobrazy (punktem obowiązkowym jest Land's End - najdalej na zachód wysunięty kawałek wyspy oraz zamek St Michael's Mount u wybrzeża - dosłownie, do zamku idzie się zalewaną podczas przypływu groblą - wioski Marazion niedaleko Penzance), a dla aktywnych fizycznie - dużo miejsc do biegania (przydają się do spalania kalorii po konsumpcji powyższych specjałów). Świetną trasą spacerowo-biegową jest plaża od Penzance do St Michael's Mount: kilka kilometrów płaskiego terenu z pięknym widokiem na zamek. 

Kornwalia - duuuże TAK!


Penzance

St Michael's Mount

Land's End

Newquay - mekka surferów



Friday, 3 January 2014

O wyższości(?) kebaba, czyli turecka wycieczka

Jak sugeruje pytajnik, tytuł tego posta jest cokolwiek przewrotny. Kebab, jako żywo, kojarzy się z kuchnią turecką, stąd na sylwestrową wycieczkę do Stambułu wyruszyłam z sercem pełnym nadziei i oczekiwania na TEN kebab, najlepszy, najwspanialszy, jedyny w swoim rodzaju, sycący żołądek i kojący zmysły po kilku głębszych lokalnej raki. Zanim jednak przejdziemy do ad remu, podelektujmy się innymi lokalnymi przysmakami.

W Stambule zdecydowanie warto popróbować kuchni uliczno-fastfoodowej: takoż kebabów, jak i innych przekąsek. W czołówce mojego prywatnego kulinarnego peletonu zdecydowanie znajduje się pide: podłużny, wrzecionowany, płaski placek, przez knajpianych naganiaczy nazywany, nie bez powodu, turecką pizzą. Placek ma długość gdzieś do 40 cm i szerokość w najszerszym miejscu około 8-10 cm. Na wierzch kładzione są dodatki wedle upodobania klienta - często jest to mięso kebabowe. Całość jest zapiekana na kamieniu w piecu. Pyszne i bardzo sycące.

Turecka kuchnia uliczno-fastfoodowa to także różnego rodzaju przekąski, z których można komponować fantastyczne dania. Próbowałam faszerowanej papryki, warzyw w formie przypominającej leczo, tureckiej wersji musaki, zapiekanego kurczaka z warzywami i kilku innych. Zdecydowanie warto.



A jeśli zdarzy nam się wybrać na niefastfoodowy obiad, jest szansa, że będzie składał się z przystawki w formie meze: może się tam znaleźć humus, sałatka z bakłażana, pasta pomidorowo-paprykowa, dolma, czyli mini "gołąbki" z liści winorośli i doprawiany gęsty jogurt. Daniem głównym ma szansę być grillowane mięso z ryżem i dodatkami. Interesującym lokalnym zwyczajem jest podawanie frytek nie w charakterze głównego węglowodanu, ale zakąski, podobnie jak pomidora czy papryki (stąd nędzne trzy fryteczki na poniższym zdjęciu). Takie fryteczki są na dodatek zimne. Co kraj, to obyczaj.




Nie zgłodniejemy też, stojąc w gigantycznych kolejkach do Hagia Sophia, pałacu Topkapı czy Cysterny Bazyliki (Stambuł uczy cierpliwości...), bo w okolicy zawsze znajdzie się usłużny sprzedawca...

...obwarzanków (lepsze niż krakowskie! - delikatniejsze i chrupiące)...



...jadalnych kasztanów...




...kukurydzy...



...i gorącego, gęstego, mlecznego napoju o nazwie "sahlep". 


Sahlep (lub salep) to typowy rozgrzewający napój zimowy - ma konsystencję rzadkiego budyniu i jest przyrządzany ze sproszkowanych bulw storczyka męskiego. Dla porządku zacytujmy, za Wikipedią, że nazwa pochodzi od arabskiego określenia ḥasyu al-tha`lab, oznaczającego lisie jądra - od charakterystycznego kształtu bulw storczyka. Ot, jedna z rzeczy, których wolelibyśmy nie wiedzieć.

Stambuł nie jest szczególnie przyjazny w okresie świąteczno-noworocznym. Poza wszechobecnymi kolejkami (nawet nie chcę się zastanawiać, jak to wygląda latem, skoro nawet zimą wszędzie trzeba się przepychać łokciami...) miasto nie rozpieszcza pod względem klimatu. Jest szaro i zimno. Bywa bardzo zimno i czasem pada. Na szczęście jest na to lekarstwo.


Turecka herbata okazuje się mocną czarną herbatą serwowaną w charakterystycznej szklaneczce. Jeśli poprosi się o nieturecką herbatę, dostanie się gorący owocowy płyn z granulek.

Herbata bywa jednak półśrodkiem i czasami, jak człowieka dopadnie, nie pozostaje nic innego, jak ratować się bardziej radykalnymi medykamentami. W sklepikach w centrum alkohol (poza piwem) jest drogi, dlatego jeśli zatrzymujemy się w Sirkeci lub okolicach, warto zaopatrzyć się w odpowiednie napoje już na lotnisku.



A wracając do potrawy, która zapoczątkowała ten post - w zasadzie nie ma o czym gadać... Turecki kebab na wynos to zawinięte w cienkie ciasto mięso kebabowe z plasterkiem pomidora, papryczką i - tak, tak - paroma przywiędłymi zimnymi fryteczkami. O ile osobie przyzwyczajonej do europejskiej wersji kebaba brak sałaty udałoby się przeżyć, o tyle brak jakiegokolwiek sosu, który dodałby cokolwiek suchawej potrawie nieco wilgoci, sprawia, że całość trzeba dość uporczywie przeżuwać, a i tak staje kością w gardle. Zatem jeśli do Turcji, droga młodzieży, to niekoniecznie na kebab - można się zniechęcić.



Saturday, 6 April 2013

Barcelona




Krótki wypad do Barcelony zaowocował nowymi kulinarnymi doświadczeniami. Nierzadko przypadkowymi, jak pyszne kolacje, którymi raczono mnie w hostelu - składniki kupowano za napiwki, które zostawiali poprzedni goście. W ten sposób miałam okazję skosztować domowej tortilla de patatas z różnymi dodatkami: cebulą, szynką, chorizo itp. Po powrocie udało mi się częściowo odtworzyć tę pyszność: sekret polega na tym, że w odróżnieniu od jajecznicy omlet powinno się smażyć na wolnym ogniu. Kolejną pysznością była ciecierzyca (garbanzo) z kurczakiem w sosie pomidorowym z dodatkiem... pokrojonych jaj na twardo - wbrew pozorom doskonałe, proste, sycące danie.

No, ale wiadomo - wyjazd do Hiszpanii nie byłby udany bez wizyty w barze tapas.A nawet kilku.




Jako zapalona miłośniczka tapas oczywiście zrujnowałam się w kilku tego rodzaju miejscach. Powyższe znajdowało się w bardziej turystycznej okolicy, co niestety miało pewne odzwierciedlenie w cenach. Ale za to nie przekładało się negatywnie na smak - przekąski były doskonałe.

Podstawową zasadą, jeśli chodzi o szukanie w nowej okolicy miejsca, gdzie dają dobrze zjeść, jest rozglądanie się, gdzie stołują się tubylcy. Takowe miejsce znalazło się obok niedaleko położonego cokolwiek na uboczu hostelu. Mierzona niedowierzającymi spojrzeniami przez miejscowych piwnych dziadków wpatrujących się drugim okiem w telewizor, w którym leciał mecz piłkarski, z radoscią na pysku skonsumowałam, co następuje:




A kiedy brakowało mi czasu i inwencji, szybki posiłek składał się z tego, co najlepsze mają do zaoferowania miejscowe spożywczaki, czyli gazpacho, szynka i oliwki.


Sunday, 11 September 2011

Coq au vin czyli stara kura

Pomysł na dzisiejszy obiad był taki: pójdę do delikatesów McFarlane's i zobaczę, co mają. Próbowałam niektórych z oferowanych tam dań gotowych, przede wszystkim cassoulet, które przypomina mi bardzo udany pod względem kulinarnym wyjazd do Carcassonne, i nigdy się nie rozczarowałam.

Dzisiejszy wybór padł na coq au vin, czyli tradycyjną francuską potrawę z kury duszonej w bardzo ciemnym sosie z czerwonego wina. Nie zawiodłam się. Dla chętnych przepisy można znaleźć tu i tu. Kura podobno może być stara i o konsystencji podeszwy - dusi się ją tak długo, że nie ma siły, żeby nie zmiękła. Po przygotowaniu idealna jest taka, która sama odchodzi od kostek.

Saturday, 27 August 2011

Urlop na Majorce

Na tegoroczny urlop zwiałam z zimnego i deszczowego Londynu na Majorkę, licząc na dużo słońca, dużo wody i dużo pysznego jedzenia. Nie zawiodłam się w żadnym z tych punktów.

Wycieczkę rozpoczęłam w Port d'Alcudia w północnej części wyspy. Pierwszego wieczoru udałam się, przekonana przez Rough Guide, do Bodega d'es Port. Od razu przekonałam się do lokalnego zwyczaju podawania gościom w charakterze przekąski świeżego chleba, oliwek i aioli, czyli czosnkowego majonezu, który jest tak pyszny, że można go jeść łyżkami. Restauracja specjalizuje się w tapas - szczególną miłością zapałałam do potrawy, która w karcie nazywała się "Majorcan soup" (można znaleźć w Internecie pod "sopa mallorquina"). "Zupa" okazała się dość kuźną interpretacją tradycyjnej definicji zupy: była przygotowana na bazie kapusty i ciemnego chleba, który stanowił dolną warstwę potrawy. Bliżej jej było do bigosu niż pomidorówki, czy nawet kapuśniaku. Innym mistycznym przeżyciem kulinarnym była przekąska genialna w swej prostocie: daktyle owinięte bekonem i usmażone. Aromatyczny, słony smażony bekon w połączeniu ze słodkim daktylem... niebo w pysku.


Zachęcona pierwszym gastronomicznym sukcesem postanowiłam znów zaufać Rough Guide i kolejny wieczór spędziłam w restauracji Miramar, znajdującej się, jak nazwa wskazuje, na nabrzeżnym deptaku. Wybór był prosty: paella - z mięskiem i owocami morza. Okazała się jedną z lepszych, jakie kiedykolwiek było mi dane spróbować. Syta i szczęśliwa poturlałam się na drinka na cypelek koło mariny.



Z absolutnym hitem sezonu, czyli lokalną szynką - jamon iberico, zapoznałam się w restauracji Meson Dulcinea. Kosztowałam jej później wielokrotnie, między innymi w Palmie, w miejscu serwującym najlepsze tapas na świecie - o czym poniżej. W Meson Dulcinea przypomniałam sobie też, że na upały najlepsze jest gazpacho, a nic nie gasi pragnienia tak dobrze jak sangria. Do hotelu wróciłam zygzakiem, z patriotyczną pieśnią na ustach.

W restauracji można spotkać ciekawych ludzi. 

Gazpacho to osobna historia: zasmakowałam w nim do tego stopnia, że za każdym razem, kiedy szłam do spożywczaka, litrowe pudełko lądowało w moim koszyku. Przebojem (także cenowym, zwłaszcza pod koniec pobytu, kiedy już kompletnie zrujnowałam się w restauracjach) okazało się gazpacho Eroski - nazwa marki bawi mnie do dziś.

Inną pyszną potrawą, której spróbowałam w nudnawej skądinąd miejscowości Santa Ponça (ok, mniej nudnawej, jeśli weźmie się pod uwagę, że jest tam baza nurkowa), była zapiekana ryba po majorkańsku - pod warstwą najróżniejszych warzyw. Warto :)


Krążownik szos woził mnie dzielnie po całej wyspie: oprócz powyższych zawitałam do takich miejsc, jak: Pollença, Formentor, Porto Cristo (i Coves del Drac), Lluc, Port d'Soller i cały szereg mniejszych i większych plaż po drodze. Zmotoryzowanym (oraz profesjonalnym zroweryzowanym) polecam górską trasę z Pollençy przez Lluc do Soller i dalej na południe do Andratx - częściej trzeba wrzucać dwójkę niż czwórkę :)   

Krążownik szos
Na koniec wakacji zostawiłam sobie Palmę. Po kilku nader przeciętnych doświadczeniach gastronomicznych na ostatni obiad udałam się do Taberna de la Boveda - zauważywszy wcześniej, że knajpę odwiedza mnóstwo lokalsów. Miejsce otwierają o 20:00, byłam tam o 20:04 i jedyne, co udało mi się dostać, to taboret w części barowej. Dwadzieścia trzy sekundy później wolne miejsca się skończyły. Na pytanie o stolik w części restauracyjnej pan kelner popatrzył z politowaniem. P.T. Znajomym wybierającym się do Palmy polecamy rezerwowanie miejsc z odpowiednim wyprzedzeniem.

Na szczęście tapas można było zamawiać bez ograniczeń. Wybór padł na wspomnianą powyżej szynkę, którą na moich oczach odkrawał od słusznych rozmiarów nogi z kopytkiem pan za barem, fabadę, czyli fasolę w sosie podawaną z zapiekanym chorizo i lokalną wersją czarnej kiełbasy, oraz faszerowane mięsem czerwone papryczki. Miałam poważny dylemat, czy aby trzy tapas wystarczą dwóm rozbestwionym urlopowym nieumiarkowaniem żołądkom, ale okazało się, że już jeden wystarczyłby za porządny posiłek. W rankingu "najlepszych tapas ever" Taberna de la Boveda wygrywa w cuglach - nic dziwnego, że liczba lokalsów przewyższa liczbę turystów.


Miły zwyczaj, z którym się spotkałam, to podawanie do rachunku (na osłodę, har har) po kieliszku lokalnie robionej nalewki: trafiały mi się brzoskwiniówki, anyżówki i coś absolutnie niesamowitego w Taberna de la Boveda: biały sorbet na alkoholu. Rachunek od razu wyglądał jakoś przyjaźniej.

Wakacje zaliczam do udanych :)

Picture is unrelated.

Thursday, 17 February 2011

Zielone tajskie curry


Zaczęło się od kupienia dwóch łodyżek trawy cytrynowej. Potem trzeba było wykombinować, jak je wykorzystać. Odpowiedź była oczywista: zielone tajskie curry!

Składniki:
-kurzy cyc
-mały pęczek świeżej kolendry
-zielona papryczka chili (ta średnia, nie ta malutka superostra)
-dwie łodyżki trawy cytrynowej
-dwa ząbki czosnku
-2cm startego korzenia imbiru lub dwie łyżeczki pasty imbirowej
-puszka mleczka kokosowego
-oliwa z oliwek
-sok z półcytrynki
-chlapnięcie oleju sezamowego (opcjonalnie)

Kurzy cyc podsmażamy tak żeby "zamknąć" - w środku ma być jeszcze różowy.

Pasta do curry:
Kolendrę myjemy, zostawiamy kilka listków do dekoracji, resztę wrzucamy do blenderka. Takoż ząbki czosnku, papryczkę bez nasionek, imbir i trawę cytrynową (po zdjęciu zewnętrznego liścia i odcięciu paru milimetrów korzonka). Dodajemy sok z cytryny i odrobinę soli i pieprzu. Rozdrabniamy na pastę (chwilę potrwa, bo trawa cytrynowa jest twarda).

Pastę dodajemy do kuciaka, podsmażamy i dodajemy mleczko kokosowe. Gotujemy, aż kuciak będzie gotowy. Przyprawiamy, jeśli trzeba.

Podajemy z ryżem lub ryżowymi nudlami.
Posted by Picasa

Thursday, 2 September 2010

Norweska przygoda


Tegoroczne wakacje spędziłam w Norwegii, w której zakochałam się miłością całkowicie nieodwzajemnioną, sądząc po stanie mojego konta po powrocie. Ale do rzeczy.

Podczas wycieczki trafiłam do jednego z najprzyjemniejszych miast podczas wszystkich moich wojaży - do Bergen, gdzie znajduje się absolutnie fantastyczny targ rybny, gdzie z lubością na twarzach pałaszowałam wędzone łososie, krewetki, kraby, homary i inne żyjątka, włączając wędzonego wieloryba (ale tylko mały kawałeczek na spróbowanie, zanim odezwą się ekolodzy [wieloryb jest przepyszny, swoją drogą, ma niemal czarne mięso, ale jest niesamowicie delikatny :P]).

Poza niewątpliwie norweskimi owocami morza postanowiłam skosztować typowo norweskiego mięska. W tym celu udałam się do restauracji, gdzie z menu wybrane zostąły: (a) medalion z łosia i (b) stek z renifera. Do tego podano marchewki, kalafiora, pieczone ziemniaczki i coś w stylu gratin dauphinois czyli plasterkowanych ziemniaczków zapiekanych z serem i śmietaną, bardzo kalorycznych ale absolutnie przepysznych. Przyrzekłam sobie uroczyście, że nigdy, ale to przenigdy nie spróbuję zrobić takich w domu, bo jeśli zacznę, to szybko skończę w rozmiarze tego wielorybka, którego kawałek pożarłam (ok, pożarłam ze smakiem, strasznie mi wstyd, odczepić się!). Łoś i reniferek były absolutnie idealne - różowe w środku, rozpływające się mięsko, lekki smaczek dziczyzny... - kocham łosie i reniferki :)))

Aha, kocham jeszcze lokalne piwa :)))