Nie mam pojęcia, skąd ta nazwa. Pomysły uprasza się wpisywać w komentarzach, bądź przesyłać na kartach pocztowych. Czekają cenne nagrody.
Wzmiankowanego kurczaka, a konkretnie udka z tegoż, konsumowały niedawno cztery osoby. Zostały tylko kosteczki, znaczy, że niezły. Zdjęć zrobić nie zdążono.
Składniki:
4 udka z kurczaka
4-5 ząbków czosnku
1 łyżka (łyżka, nie łyżeczka!) cayenne
1 łyżka papryki
1 łyżka oregano
płaska łyżeczka rozmarynu
1-2 łyżki oliwy z oliwek
sok z 1 cytryny
sól i pieprz do smaku
W miseczce mieszamy sprasowany czosnek, cayenne, paprykę, oregano, rozmaryn, oliwę z oliwek i odrobinę soku z cytryny. Lekko solimy i pieprzymy.
Udka solimy i nacieramy sokiem z cytryny. Następnie nacieramy pastą powstałą z połączenia przypraw, czosnku i oliwy. Marynujemy 2-3 godziny w temp. pokojowej.
Wkładamy do zimnego piekarnika i nastawiamy go na 200 stopni. Sprawdzamy po 40 minutach, ale najprawdopodobniej kurczak będzie piekł się do 1 godziny. Co jakiś czas polewamy kurczaka tworzącym się sosem.
Można podać z pieczonymi warzywkami: młode ziemniaczki, dynia, marchewka, pietruszka, czerwona cebula... - pokroić, wrzucić na blachę, posolić, polać oliwą i w niej wytaplać. Można przyprawić odrobiną ziół prowansalskich. Warzywka pieką się m/w tyle co kurczak. Można je przykryć folią, jeśli za bardzo się przypiekają. Od czasu do czasu trzeba przemieszać, żeby nie przypaliły się od spodu.
Tuesday, 10 April 2012
Dessert from Hell, czyli odświeżanie bloga
Dziś deser, którym niedawno uraczyła mnie Aga W. - przepis od niej.
Palce lizać to za mało powiedziane. Dzięki, Aga!
Palce lizać to za mało powiedziane. Dzięki, Aga!
ETON MESS
Beza:
Potrzebne sa: 4 bialka, ok 150 gram cukru
Ubijamy bialka mikserem (na wolnych obrotach) na sztywno. Pozniej dodajemy cukier - po kilka lyzek na raz i mieszamy po 5 sekund.
Wazne jest by nie ubijac za dlugo bo wtedy nie bedzie wystarczajaco fluffy.
Konsystencja powinna byc bardzo aksamitna, taka jak...noo...beza :)
Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 100 stopni (120-130 jak nie ma opcji 'fan') i pieczemy ok 70 minut (moj orginalny przepis mowil 45, ale to bylo za krotko).
Krem:
Potrzebna sa: opakowanie creme fraiche (300ml - ja uzylam wersji 'low fat' ale moze byc tez zwykla, esencja waniliowa, ok 30 g cukru
Mieszamy wszystkie skladniki w misce i miksujemy az do uzyskania jednolitej konsystencji
Truskawki:
yyy - no potrzebne sa truskawki ;) najlepiej umyte!
Podanie:
Lamiemy beze, polewany sosem, na koniec truskawki i finito! :)
Enjoy!
Sunday, 11 September 2011
Coq au vin czyli stara kura
Pomysł na dzisiejszy obiad był taki: pójdę do delikatesów McFarlane's i zobaczę, co mają. Próbowałam niektórych z oferowanych tam dań gotowych, przede wszystkim cassoulet, które przypomina mi bardzo udany pod względem kulinarnym wyjazd do Carcassonne, i nigdy się nie rozczarowałam.
Dzisiejszy wybór padł na coq au vin, czyli tradycyjną francuską potrawę z kury duszonej w bardzo ciemnym sosie z czerwonego wina. Nie zawiodłam się. Dla chętnych przepisy można znaleźć tu i tu. Kura podobno może być stara i o konsystencji podeszwy - dusi się ją tak długo, że nie ma siły, żeby nie zmiękła. Po przygotowaniu idealna jest taka, która sama odchodzi od kostek.
Dzisiejszy wybór padł na coq au vin, czyli tradycyjną francuską potrawę z kury duszonej w bardzo ciemnym sosie z czerwonego wina. Nie zawiodłam się. Dla chętnych przepisy można znaleźć tu i tu. Kura podobno może być stara i o konsystencji podeszwy - dusi się ją tak długo, że nie ma siły, żeby nie zmiękła. Po przygotowaniu idealna jest taka, która sama odchodzi od kostek.
Saturday, 10 September 2011
Lasagne z cukinią, szpinakiem i kozim serem
Inspirowane. Zmodyfikowane z braku niektórych składników.
Składniki:
- dwie małe cukinie
- 400 g szpinaku
- ząbek czosnku (bo szpinak bez czosnku to jakieś nieporozumienie)
- 9 płatów lasagne
- 2 żółtka
- 2/3 kubka śmietany
- 2-3 łyżki tartego parmezanu
- małe opakowanie koziego sera
- sól, pieprz, oliwa
Płaty lasagne gotujemy 2-3 minuty we wrzątku, wykładamy na ściereczkę. Podsmażamy wyciśnięty ząbek czosnku i zaraz wrzucamy na patelnię szpinak - na kilka minut, by zwiądł. Dodajemy ćwierć kubka śmietany. Cukinię kroimy 3-4 mm plasterki. Ser kruszymy. Resztę śmietany mieszamy z żółtkami, doprawiamy solą i pieprzem.
Formę smarujemy oliwą, wykładamy pierwszą warstwę lasagne. Skrapiamy oliwą, wykładamy 1/3 szpinaku, 1/3 cukinii i 1/2 sera. Powtarzamy. Na wierzchu układamy cukinię, na niej szpinak, polewamy śmietanową mieszanką, posypujemy parmezanem. Zapiekamy ok. 20-25 minut.
Sunday, 4 September 2011
Kurczak, salami i zielona soczewica
Dzisiejsze danie powstało wedle zasady "co mam w kuchni i w jakich konfiguracjach ma szansę być jadalne". W kuchni znalazły się:
- 2 małe piersi kurczaka
- kawałek salami - mniej więcej długości palca
- dwie duże pieczarki + jeden suszony grzybek
- cebula
- ząbek czosnku
- kieliszek białego wina
- 80g zielonej soczewicy
- dwie łyżki mąki
- dwie łyżki koncentratu pomidorowego
- pół łyżeczki tymianku
- kubek bulionu
Danie inspirowane tym, z lekką modyfikacją składników.
Salami podsmażyć do porządnego zrumienienia, dodać kurczaka, smażyć, aż kurczak się lekko zezłoci. Zdjąć z patelni, na pozostały tłuszczyk wrzucić pokrojoną w półtalarki cebulę, gdy zmięknie - przeciśnięty przez praskę czosnek. Po chwili dodać mąkę i koncentrat, podsmażyć. Dodać wino i bulion, rozmieszać, dodać pokrojone pieczarki i (opcjonalnie) namoczony grzybek, soczewicę, kurczaka i salami. Gotować na małym ogniu pod przykryciem, od czasu do czasu mieszając i podlewając wodą, jeśli soczewica wszystko wypije.
Salami podsmażyć do porządnego zrumienienia, dodać kurczaka, smażyć, aż kurczak się lekko zezłoci. Zdjąć z patelni, na pozostały tłuszczyk wrzucić pokrojoną w półtalarki cebulę, gdy zmięknie - przeciśnięty przez praskę czosnek. Po chwili dodać mąkę i koncentrat, podsmażyć. Dodać wino i bulion, rozmieszać, dodać pokrojone pieczarki i (opcjonalnie) namoczony grzybek, soczewicę, kurczaka i salami. Gotować na małym ogniu pod przykryciem, od czasu do czasu mieszając i podlewając wodą, jeśli soczewica wszystko wypije.
Thursday, 1 September 2011
Labraks - czy jakoś tak
Naszło mnie na rybę. Taką prawdziwą, smażoną, z chrupiącą skórką. Sklep po drodze z pracy miał do zaoferowania głównie paluszki rybne, ale udało mi się też wykopać nienajgorzej wyglądające filety z... no właśnie z czego? W języku language nazywa się to seabass, słownik mówi, że strzępiel, natomiast wiki twierdzi, że owszem, może kiedyś się zaliczało do strzępielowatych, ale się rozmyśliło, teraz jest moronowate i nazywa się labraks. Tudzień okoń morski, bar albo moren. Jak zwał, tak zwał, zasadniczo mi bez większej różnicy. Usmażone na bardzo gorącej oliwie - 5 minut strona ze skórką (musi sama odchodzić od patelni), raz obrócić, smażyć 2 minuty - jest chrupiące i pyszne. Podane na szpinaku z masłem czosnkowym i młodymi ziemniaczkami wygląda tak:
Saturday, 27 August 2011
Urlop na Majorce
Na tegoroczny urlop zwiałam z zimnego i deszczowego Londynu na Majorkę, licząc na dużo słońca, dużo wody i dużo pysznego jedzenia. Nie zawiodłam się w żadnym z tych punktów.
Wycieczkę rozpoczęłam w Port d'Alcudia w północnej części wyspy. Pierwszego wieczoru udałam się, przekonana przez Rough Guide, do Bodega d'es Port. Od razu przekonałam się do lokalnego zwyczaju podawania gościom w charakterze przekąski świeżego chleba, oliwek i aioli, czyli czosnkowego majonezu, który jest tak pyszny, że można go jeść łyżkami. Restauracja specjalizuje się w tapas - szczególną miłością zapałałam do potrawy, która w karcie nazywała się "Majorcan soup" (można znaleźć w Internecie pod "sopa mallorquina"). "Zupa" okazała się dość kuźną interpretacją tradycyjnej definicji zupy: była przygotowana na bazie kapusty i ciemnego chleba, który stanowił dolną warstwę potrawy. Bliżej jej było do bigosu niż pomidorówki, czy nawet kapuśniaku. Innym mistycznym przeżyciem kulinarnym była przekąska genialna w swej prostocie: daktyle owinięte bekonem i usmażone. Aromatyczny, słony smażony bekon w połączeniu ze słodkim daktylem... niebo w pysku.
Zachęcona pierwszym gastronomicznym sukcesem postanowiłam znów zaufać Rough Guide i kolejny wieczór spędziłam w restauracji Miramar, znajdującej się, jak nazwa wskazuje, na nabrzeżnym deptaku. Wybór był prosty: paella - z mięskiem i owocami morza. Okazała się jedną z lepszych, jakie kiedykolwiek było mi dane spróbować. Syta i szczęśliwa poturlałam się na drinka na cypelek koło mariny.
Z absolutnym hitem sezonu, czyli lokalną szynką - jamon iberico, zapoznałam się w restauracji Meson Dulcinea. Kosztowałam jej później wielokrotnie, między innymi w Palmie, w miejscu serwującym najlepsze tapas na świecie - o czym poniżej. W Meson Dulcinea przypomniałam sobie też, że na upały najlepsze jest gazpacho, a nic nie gasi pragnienia tak dobrze jak sangria. Do hotelu wróciłam zygzakiem, z patriotyczną pieśnią na ustach.
Gazpacho to osobna historia: zasmakowałam w nim do tego stopnia, że za każdym razem, kiedy szłam do spożywczaka, litrowe pudełko lądowało w moim koszyku. Przebojem (także cenowym, zwłaszcza pod koniec pobytu, kiedy już kompletnie zrujnowałam się w restauracjach) okazało się gazpacho Eroski - nazwa marki bawi mnie do dziś.
Inną pyszną potrawą, której spróbowałam w nudnawej skądinąd miejscowości Santa Ponça (ok, mniej nudnawej, jeśli weźmie się pod uwagę, że jest tam baza nurkowa), była zapiekana ryba po majorkańsku - pod warstwą najróżniejszych warzyw. Warto :)
Krążownik szos woził mnie dzielnie po całej wyspie: oprócz powyższych zawitałam do takich miejsc, jak: Pollença, Formentor, Porto Cristo (i Coves del Drac), Lluc, Port d'Soller i cały szereg mniejszych i większych plaż po drodze. Zmotoryzowanym (oraz profesjonalnym zroweryzowanym) polecam górską trasę z Pollençy przez Lluc do Soller i dalej na południe do Andratx - częściej trzeba wrzucać dwójkę niż czwórkę :)
Na koniec wakacji zostawiłam sobie Palmę. Po kilku nader przeciętnych doświadczeniach gastronomicznych na ostatni obiad udałam się do Taberna de la Boveda - zauważywszy wcześniej, że knajpę odwiedza mnóstwo lokalsów. Miejsce otwierają o 20:00, byłam tam o 20:04 i jedyne, co udało mi się dostać, to taboret w części barowej. Dwadzieścia trzy sekundy później wolne miejsca się skończyły. Na pytanie o stolik w części restauracyjnej pan kelner popatrzył z politowaniem. P.T. Znajomym wybierającym się do Palmy polecamy rezerwowanie miejsc z odpowiednim wyprzedzeniem.
Na szczęście tapas można było zamawiać bez ograniczeń. Wybór padł na wspomnianą powyżej szynkę, którą na moich oczach odkrawał od słusznych rozmiarów nogi z kopytkiem pan za barem, fabadę, czyli fasolę w sosie podawaną z zapiekanym chorizo i lokalną wersją czarnej kiełbasy, oraz faszerowane mięsem czerwone papryczki. Miałam poważny dylemat, czy aby trzy tapas wystarczą dwóm rozbestwionym urlopowym nieumiarkowaniem żołądkom, ale okazało się, że już jeden wystarczyłby za porządny posiłek. W rankingu "najlepszych tapas ever" Taberna de la Boveda wygrywa w cuglach - nic dziwnego, że liczba lokalsów przewyższa liczbę turystów.
Miły zwyczaj, z którym się spotkałam, to podawanie do rachunku (na osłodę, har har) po kieliszku lokalnie robionej nalewki: trafiały mi się brzoskwiniówki, anyżówki i coś absolutnie niesamowitego w Taberna de la Boveda: biały sorbet na alkoholu. Rachunek od razu wyglądał jakoś przyjaźniej.
Wakacje zaliczam do udanych :)
Wycieczkę rozpoczęłam w Port d'Alcudia w północnej części wyspy. Pierwszego wieczoru udałam się, przekonana przez Rough Guide, do Bodega d'es Port. Od razu przekonałam się do lokalnego zwyczaju podawania gościom w charakterze przekąski świeżego chleba, oliwek i aioli, czyli czosnkowego majonezu, który jest tak pyszny, że można go jeść łyżkami. Restauracja specjalizuje się w tapas - szczególną miłością zapałałam do potrawy, która w karcie nazywała się "Majorcan soup" (można znaleźć w Internecie pod "sopa mallorquina"). "Zupa" okazała się dość kuźną interpretacją tradycyjnej definicji zupy: była przygotowana na bazie kapusty i ciemnego chleba, który stanowił dolną warstwę potrawy. Bliżej jej było do bigosu niż pomidorówki, czy nawet kapuśniaku. Innym mistycznym przeżyciem kulinarnym była przekąska genialna w swej prostocie: daktyle owinięte bekonem i usmażone. Aromatyczny, słony smażony bekon w połączeniu ze słodkim daktylem... niebo w pysku.
Zachęcona pierwszym gastronomicznym sukcesem postanowiłam znów zaufać Rough Guide i kolejny wieczór spędziłam w restauracji Miramar, znajdującej się, jak nazwa wskazuje, na nabrzeżnym deptaku. Wybór był prosty: paella - z mięskiem i owocami morza. Okazała się jedną z lepszych, jakie kiedykolwiek było mi dane spróbować. Syta i szczęśliwa poturlałam się na drinka na cypelek koło mariny.
Z absolutnym hitem sezonu, czyli lokalną szynką - jamon iberico, zapoznałam się w restauracji Meson Dulcinea. Kosztowałam jej później wielokrotnie, między innymi w Palmie, w miejscu serwującym najlepsze tapas na świecie - o czym poniżej. W Meson Dulcinea przypomniałam sobie też, że na upały najlepsze jest gazpacho, a nic nie gasi pragnienia tak dobrze jak sangria. Do hotelu wróciłam zygzakiem, z patriotyczną pieśnią na ustach.
| W restauracji można spotkać ciekawych ludzi. |
Gazpacho to osobna historia: zasmakowałam w nim do tego stopnia, że za każdym razem, kiedy szłam do spożywczaka, litrowe pudełko lądowało w moim koszyku. Przebojem (także cenowym, zwłaszcza pod koniec pobytu, kiedy już kompletnie zrujnowałam się w restauracjach) okazało się gazpacho Eroski - nazwa marki bawi mnie do dziś.
Inną pyszną potrawą, której spróbowałam w nudnawej skądinąd miejscowości Santa Ponça (ok, mniej nudnawej, jeśli weźmie się pod uwagę, że jest tam baza nurkowa), była zapiekana ryba po majorkańsku - pod warstwą najróżniejszych warzyw. Warto :)
Krążownik szos woził mnie dzielnie po całej wyspie: oprócz powyższych zawitałam do takich miejsc, jak: Pollença, Formentor, Porto Cristo (i Coves del Drac), Lluc, Port d'Soller i cały szereg mniejszych i większych plaż po drodze. Zmotoryzowanym (oraz profesjonalnym zroweryzowanym) polecam górską trasę z Pollençy przez Lluc do Soller i dalej na południe do Andratx - częściej trzeba wrzucać dwójkę niż czwórkę :)
| Krążownik szos |
Na szczęście tapas można było zamawiać bez ograniczeń. Wybór padł na wspomnianą powyżej szynkę, którą na moich oczach odkrawał od słusznych rozmiarów nogi z kopytkiem pan za barem, fabadę, czyli fasolę w sosie podawaną z zapiekanym chorizo i lokalną wersją czarnej kiełbasy, oraz faszerowane mięsem czerwone papryczki. Miałam poważny dylemat, czy aby trzy tapas wystarczą dwóm rozbestwionym urlopowym nieumiarkowaniem żołądkom, ale okazało się, że już jeden wystarczyłby za porządny posiłek. W rankingu "najlepszych tapas ever" Taberna de la Boveda wygrywa w cuglach - nic dziwnego, że liczba lokalsów przewyższa liczbę turystów.
Miły zwyczaj, z którym się spotkałam, to podawanie do rachunku (na osłodę, har har) po kieliszku lokalnie robionej nalewki: trafiały mi się brzoskwiniówki, anyżówki i coś absolutnie niesamowitego w Taberna de la Boveda: biały sorbet na alkoholu. Rachunek od razu wyglądał jakoś przyjaźniej.
Wakacje zaliczam do udanych :)
| Picture is unrelated. |
Sunday, 17 July 2011
Kejk
Składniki:
- 190g masła
- 190g mąki
- skórka starta z jednej pomarańczy
- 190g cukru
- 3 jajka
- łyżeczka proszku do pieczenia
- łyżka naturalnego jogurtu
- łyżka aromatu waniliowego
- płatki migdałów do posypania
Masło ucieramy z cukrem na gładko. Dodajemy partiami: przesianą mąkę, po jajku, proszek do pieczenia, skórkę z pomarańczy (można też wcisnąć trochę soku), aromat, jogurt. Dodajemy dowolne owoce (próbowałam też z czereśniami z puszki, to jest z jagodami). Porcja wystarcza na jedną małą, prostokątną, "bochenkową" foremkę. Posypujemy płatkami migdałów. Pieczemy w temp. ok. 175 stopni, ok. 40-50 minut. Aż się upiecze.
Saturday, 4 June 2011
Pomysł na późne śniadanie
Artisan sour bread z McFarlane's na Abbeville Road, grillowany ser kozi i sałata z pomidorkami koktajlowymi i sosem (oliwa, sok z połowy pomarańczy, łyżeczka octu balsamicznego, sól, listki bazylii).
Sunday, 22 May 2011
Dziś tradycyjnie: babka ziemniaczana
Potrawa genialna w swojej prostocie. Popularna na Podlasiu - znam ją od Kasi :) Doskonała na grille i piwne imprezy, absolutnie niezastąpiona na "poimprezie". Proporcje można dobierać na oko - i tak wyjdzie.
Składniki (na 25cm podłużną chlebową foremkę):
- 1kg ziemniaków
- 1 duża cebula
- słuszny kawałek kiełbasy
- kawałek boczku
- 1 jajko
- czubata łyżka mąki ziemniaczanej (kukurydzianej, zwykłej...)
- sól i dużo pieprzu
Kiełbaskę i boczek podsmażamy, dodajemy pokrojoną cebulę, smażymy, aż się zrumieni. Ziemniaki trzemy na drobnej tarce (jak na placki ziemniaczane) lub rozdrabniamy w blenderze (no bo komu by się chciało tracić czas i opuszki). Całość mieszamy, dodajemy jajko i mąkę, doprawiamy solą i pieprzem (z rozmachem). Pieczemy w dobrze nagrzanym piekarniku około godziny (aż wierzch będzie rumiany i chrupki).
Odgrzewana na drugi dzień nie traci walorów.
Subscribe to:
Posts (Atom)


